Dlaczego nie święci garnki lepią?

nie święci garnki lepią

Mądrość ludowa mówi, że nie święci garnki lepią. Ludzie zauważyli, że nie trzeba być kimś wyjątkowym, żeby wykonywać jakąkolwiek pracę. To prawda, ale nie o tym będę dziś pisał.

Mnie bardziej zastanowiło to powiedzenie samo w sobie. Dlaczego akurat święci, a nie szlachta i czemu to garncarstwo a nie inne zajęcie?

Podejrzewam, że powiedzenie wyrosło z przekonania że ludzie wyjątkowi nie zajmują się rzeczami przyziemnymi. Skoro zaś większość jest normalna to powinna poradzić sobie z większością zadań jakie przed sobą postawi.

Dlatego przyjrzymy się temu co robią wyjątkowi ludzie w przeciwieństwie do reszty świata. Dlaczego nie święci garnki lepią?

Świętość to decyzja

Świętość jest sposobem życia, który otrzymujemy w darze od Boga. On sam jest święty i ze swojej świętości nam udziela. Skoro jest to dar, to oznacza, że możemy go przyjąć albo odrzucić – Bóg chce mieć nas przy sobie jako osoby wolne.

Jeżeli nikt i nic nie wykrzywiło nam wyobrażenia Boga to zasadniczo wolimy być święci niż przeklęci. Chcemy przybliżać się do Boga i stawać się podobni do Niego.

Dlatego decyzja o przyjęciu świętości sprowadza się do zwykłego chcenia.

Niestety każdego dnia często swoimi czynami, słowami i myślami wyrażamy coś zupełnie innego niż chęć bycia świętym. Popełniamy grzechy, czyli podejmujemy decyzję o oddaleniu się od Boga.

Odkładanie na później

Jednym z powodów, dla którego nie jesteśmy blisko z Bogiem jest odkładanie na później decyzji o wejściu na drogę świętości.

Po pierwsze wierzymy, że jest przed nami nieograniczona liczba lat życia. Myślisz, że nie? Na prawdę. Rozmawiałem kiedyś w hospicjum ze starcem na łożu śmierci. Mówił, że jeszcze nie czas na spowiedź, bo jeszcze nie umiera. Faktycznie. Miał przed sobą jeszcze kilka godzin albo i cały dzień. Smutne to, ale taka jest prawda. Bezmyślnie zakładamy, że nie spotka nas wypadek czy szybko postępująca choroba i jeszcze będzie czas na to żeby zadbać o relację z Bogiem.

Drugim powodem odkładania na później rozkochania się w Bogu jest to, że mamy wymówki. Najpierw chcemy skończyć szkołę, studia, no i jeszcze się wyszaleć. Później trzeba znaleźć pracę, założyć rodzinę i zdobyć status społeczny. Na koniec jeszcze skorzystać z emerytury dopóki zdrowie i finanse pozwalają. Gdzie w tym wszystkim znaleźć czas dla Boga?

Wiara w doczesną nieśmiertelność i zawalenie robotą być może sprawi, że będziesz świetnym wyrobnikiem. Społeczeństwo zyska wspaniały trybik. Tylko czy chcesz być nieświadomym elementem większej układanki, który idzie na śmietnik kiedy się zużyje? Czy takie życie daje Ci satysfakcję?

Jeżeli nie, podejmij decyzję teraz. Tak jak robili to wielcy święci. Święty Paweł nie czekał z przyjęciem wiary kiedy usłyszał głos Chrystusa. Święta Teresa z Lisieux już jako dziecko chciała wstąpić do klasztoru. Sprawa oparła się nawet o papieża i wieku piętnastu lat została Karmelitanką. Znalazła sposób i wykorzystała go, aby tylko nie tracić czasu.

Drogi na skróty

Bywa też tak, że podejmujemy decyzję o przyjęciu od Boga świętości, ale tak na pół gwizdka.

Nie chodzi mi nawet o to, że nasza pobożność jest byle jaka. Ciężko to ocenić, bo jest to bardzo indywidualne i zmienia się w czasie. Nie uważam też, że w drodze do świętości trzeba męczyć się ponad siły. Wręcz przeciwnie, myślę, że i tu ma zastosowanie Zasada Pareta. Mówi ona, że 20% starań daje 80% efektów.

W drodze na skróty chodzi mi bardziej o to, że naszą wiarę praktykujmy od czasu do czasu. Do spowiedzi idziemy tylko jak ktoś z rodziny umrze, do Kościoła jak się uda a po Pismo Święte sięgamy jak chcemy pokłócić się ze szwagrem o to kto uwolnił Barabasza. No i księdza po kolędzie przyjmiemy, bo jeszcze sąsiedzi nas wezmą za Jehowych.

O ile taka robota sprawdza się może w korpo, gdzie czasami trzeba udawać, że robi się coś co ma znaczenie, o tyle nie ma to sensu przed Bogiem. Nie oszukamy Go jednorazowym gestem ani sami nie zakochamy się w Osobie z którą niemal nie mamy kontaktu.

Przykładem człowieka, który nie uznawał drogi na skróty w swojej decyzji o przyjęciu świętości był czcigodny sługa Boży Fulton John Sheen. Zajmował się wieloma rzeczami: był biskupem, mówcą, pisarzem a nawet showmanem. Przede wszystkim był jednak człowiekiem modlitwy – śmierć zastała go podczas adoracji Najświętszego Sakramentu.

To bardzo symboliczne. Jak myślisz? Podczas jakiej czynności statystycznie masz największą szansę przywitać się z Bogiem?

Świętość to praktyka

Decyzja o byciu świętym to nie tylko słowna deklaracja. Jak napisałem wyżej – przez to, że grzeszymy swoimi uczynkami, przez uczynki też musimy wyrażać swoją gotowość do przyjęcia świętości.

Wyobraź, że w głębi siebie jesteś przedsiębiorcą a twoje życie na ziemi to firma. Musisz nią dobrze zarządzać żeby odnieść sukces. Sukcesem ostatecznym jest oczywiście przyjęcie bożej świętości. Rzecz tylko w tym, że zatrudniasz zarówno dobrych pracowników jak i ludzi którzy kopią pod tobą dołki.

Porównanie to kulej, bo tak na prawdę odpowiadasz sam za siebie i nie możesz wykopać się z tej roboty.

Wzmocnienie cnót

Bardzo chciałby, żeby każdy patrzył na świętość jako na coś pozytywnego. Jako na coś co się dostaje, ale też zdobywa. Coś nad czym się pracuje w sposób zorganizowany, ale zarazem kreatywny.

Chciałbym też być dobrze zrozumianym. Na świętość nie zarabiamy przez posiadanie cnót.

Cnota jest oczywiście STAŁĄ dyspozycją do czynienia dobra. Wiemy jednak, że dopóki oddychamy to stałości w życiu nie możemy być pewni. Dlatego to, że jesteśmy “dobrymi ludźmi” o niczym jeszcze nie świadczy. Wszystko potrafi się posypać, jeżeli dostaniemy od życia po twarzy. Co więcej, czasami nawet gorszy dzień potrafi sprawić, że jesteśmy rozdrażnieni i wybuchniemy na kogoś. Czy to znaczy, że jesteśmy wtedy złą osobą? Tak, wtedy tak.

Wyrabianie się w cnotach jest nam jednak potrzebne. Jest to coś czego możemy się uchwycić. Cnota jest konkretem, zaletą nad którą możemy pracować. Możemy ją opisać oraz określić w jakim stopniu już ją posiadamy i w jakich okolicznościach nam jej jeszcze brakuje.

Cnota jest jakby miernikiem tego na ile poddaliśmy się porządkom jakie Bóg zaprowadził w naszej duszy.

Przykładem osoby, którą wypracowywanie cnót doprowadziło do szczytów świętości jest ojciec Maksymilian Maria Kolbe. Przez większość życia zdobywał umiejętności w służbie Panu Bogu. Założył potężny klasztor, wydawał czasopisma a gdyby nie wybuch wojny, otworzyłby stację telewizyjną. Na dodatek, niczym Krzysztof Gonciarz, udał się do dalekiej Japonii prowadzić swoją działalność nie posiadając żadnego zaplecza. Wyobraź sobie jak wielkiej siły charakteru, samoświadomości i mądrości życiowej potrzebował, żeby osiągnąć to wszystko. Jego męczeńska śmierć tym bardziej daje do myślenia.

Pokonywanie wad

Z wyrabianiem cnót powiązane jest także pokonywanie wad.

Nie chodzi o to, że człowiek, który podjął decyzję o pójściu drogą świętości nie będzie popełniał grzechów. Będzie. Co raz “mniejsze”, już nie śmiertelne. Grzech jednak, nawet najmniejszy, stanie się czymś tak obrzydliwym i poważnym, że jego unikanie będzie drugą naturą.

Problem w tym, że grzechy popełniane wielokrotnie zostawiają w nas ślad w postaci wady. Niby można byłoby nie przejmować się tym. Jednak jak na przykład pracować nad cnotą umiarkowania, będąc aktywny alkoholikiem? Częste posty, życie w czystości seksualnej, ale do tego małpka z rana. Coś tu się kłóci i na wylot widać rozdwojenie w takim postępowaniu.

Wracając do świętego Pawła. Między wierszami w Piśmie Świętym możemy wyczytać, że poradził on sobie z konsekwencjami wcześniej popełnionych grzechów. Otóż w Drugim Liście do Koryntian Paweł przywołuje opinię, która o nim krążyła. Ludzi mówili, że jego listy są groźne i nieubłagane, ale na żywo brak mu odwagi. Trzeba pamiętać, że wtedy nie było jeszcze spisanych Dziejów Apostolskich i greccy bracia mogli nie znać dokładnie życiorysu Pawła. Mogliby się zatem zdziwić, że ten potulny kaznodzieja za czasów młodości prześladował Chrześcijan skuteczniej niż późniejsi cesarze. Na tyle Paweł przez lata poskromił swoje wady, że aż mogło się wydawać, że nie jest zdolny do konfrontacji. A był zdolny! Jeszcze jak!

Świętości to nauka

Widza o tym że przyjmując świętość trzeba podjąć świadomą decyzję i potwierdzać ją czynami to nie wszystko. Należy robić to mądrze.

W życiu nie do wszystkiego potrzebujemy gruntownego przygotowania. Nie trzeba znać budowy samochodu i mieć doktoratu z fizyki, żeby przy pierwszym śniegu driftować pod Tesco.

Postępowanie w sposób przemyślany i odpowiedzialny pozostawiamy na rzeczy ważniejsze. Są nimi praca, rodzina, zdrowie, finanse osobiste. Każdy wierzący Katolik zgodzi się chyba, że na pierwszym miejscu należ do nich też dbanie o zbawienie a tym samym o świętość.

Podążanie za mistrzem

W swojej drodze do świętości mamy podążać za Mistrzem, czyli za Chrystusem. Problem w tym, że jest to długotrwałe i skomplikowane. Bez znajomości Pisma Świętego i wytrwałej modlitwy się nie obędzie.

Możemy jednak, zwłaszcza na początku swojej drogi, korzystać z pomocy innych mistrzów. Są nimi ludzie bardziej doświadczeni od nas. Mogą oni lepiej ocenić to, co się w naszym życiu dzieje i wytłumaczyć zasady, którymi powinniśmy się kierować.

Takich mistrzów tradycyjnie nazywa się kierownikami duchowymi. Nazwa jest o tyle myląca, że nie kierują oni naszymi wyborami życiowymi. Raczej nakierowują na odpowiedni sposób myślenia, chociaż i to chyb zbyt wiele powiedziane. Co więcej, w Kościele funkcjonują nie tylko kierownicy, ale i kierowniczki.

Aby korzystać z kierownictwa duchowego nie potrzeba ani pieniędzy, ani masy wolnego czasu, ani posiadania jakiejkolwiek podstawowej wiedzy. Można powiedzieć, że “próg wejścia nie istnieje”. Wymagane jest tylko jedno – świadomość, że ktoś może być od nas lepszy. A niestety, dla niektórych to zbyt wiele.

Korzystanie ze wzorów

Żywi mistrzowie duchowości to nie jedyna szansa by rozwinąć swoją wiedzę o wzrastaniu w świętości.

Możemy korzystać też z całego doświadczenia jakie Chrześcijaństwo wypracowało przez dwa tysiące lat. Mam na myśli przede wszystkim Pismo Święte. Istnieje też cała literatura poświęcona duchowości z fenomenalnym dziełem “O naśladowaniu Chrystusa” na czele.

Bardzo inspirujące i pomocne są też żywoty świętych. Można znaleźć osobne książki poświęcone konkretnemu świętemu lub też całe leksykony z mniej i bardzie popularnymi świętymi.

A więc dlaczego?

Podsumowując możemy powiedzieć, że nie święci garnki lepią, bo ci którzy postanowili zostać świętymi, działają na przekór całemu światu. Podejmują decyzję raz i konsekwentnie trzymają się jej nie bacząc na przeciwności.

Nie święci garnki lepią bo świętość to nie coś co się zaczyna i po prostu kończy jak inne przedsięwzięcia. To proces, w którym każdy ma już swoją przeszłość a perspektywą jest życie wieczne.

Wreszcie nie święci garnki lepią bo ze wszystkim możesz sobie w życiu sam poradzić. Jednak do świętości dojdziesz tylko idąc za Jezusem i ludźmi, których już posłał przed Tobą.

Jeżeli Ci się podobało, proszę udostępnij dalej
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Author: Tobiasz Stasiński

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *